Była już kinpira z marchewki i korzenia łopianu, czas na kolejne warzywo korzenne - pietruszkę. Przepisu na kinpirę z pietruszki w sieci nie znalazłem - kinpirę robi się z korzenia pasternaku, który wygląda mniej więcej tak samo (ale smakuje inaczej - bardziej marchewkowo). Ponieważ pasternak po angielsku nazywa się prawie tak samo - parsnip - co pietruszka - parsley - to przez pewien czas żyłem w błogiej nieświadomości, że robię kinpirę z czego innego. Pasternak jest w Polsce stosunkowo trudny do świadomego zdobycia (w każdym razie we Wrocławiu), ale że korzeń jest od pietruszki trudno odróżnialny, a plon z ha większy (czyli pasternak jest tańszy), to można zostać wrobionym w pasternak przez nieuczciwego (lub po prostu niezorientowanego) sprzedawcę. Jeden z wielu przepisów na kinpirę z pasternaku można znaleźć na niezawodnym Just Bento - pietruszka nie jest taka żylasta, jak dojrzały pasternak, więc można w jej pominąć krótki etap duszenia na wodzie.
W przypadku selera naciowego żadnych konfuzji nazewniczych nie miałem, za to najpierw zrobiłem, a dopiero potem poszukałem przepisu (na Just Bento ukrywa się wśród innych kinpir z resztek). Z efektu nie jestem specjalnie zadowolony - wyszło jakieś takie łykowate.
W desperackiej próbie zrobienia jednak jakiejś trochę oryginalniejszej kinpiry, wyczyściłem szufladę z warzywami w lodówce. Znalazłem sporo korzenia selera (je go głównie Wiewiór, nasz chomik, więc zwykle sporo zostaje). Kinpira była smaczna, ale (oczywiście) potem znalazłem ją w komentarzach do przepisu na kinpirę z pasternaku. Nienawidzą prawa wielkich liczb. Na dodatek zapomniałem o sezamie.
Przepisów nie podaję, proszę zerknąć sobie na przepis na kinpirę z marchwi i zamienić "dwie średnie marchewki" odpowiednio na "dwie średnie pietruszki", "cztery laski selera naciowego" lub "kawałek korzenia selera".
Ponieważ jest to NA PEWNO ostatni mój post przed świętami, niniejszym życzę wszystkim Czytelniczkom smacznych potraw, dobrych warunków na drogach, dużo pomocy od waszych brzydszych połówek, wymarzonych prezentów i świętego spokoju.
Kuchnia japońska, tradycyjna i nowoczesna oraz (pseudo)naukowe bajania na tematy ogólnożywnościowe. Może zawierać soję, orzechy, gluten i glutaminian sodu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kinpira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kinpira. Pokaż wszystkie posty
piątek, 21 grudnia 2012
piątek, 1 czerwca 2012
Kinpira gobo - z korzeni łopianu
Na początku oświadczenie, żeby nie sprawiać wrażenia, że z nagła zacząłem promować kuchnię ludową, leki z ziołowej apteki lub, uchowaj Boże, żywność ekologiczną: w Japonii nasz rodzimy chwast, łopian większy, jest uprawiany jako normalne warzywo kulinarne. Łopian jest rośliną dwuletnią - w pierwszym roku rosną mu wielkie liście i silny, palowy korzeń, w drugim na centralnej łodydze pojawiają się kwiaty (słynne ze swoich rzepów), nasiona roznoszą zwierzaki*, a roślina umiera. Podobny cykl wegetacyjny ma rzekomo np. marchew, albo kapusta, ale kto tak naprawdę widział w życiu na oczy kwitnącą kapustę.
* Ewidentnie system się sprawdza, biorąc pod uwagę, ile tego badziewia rośnie wszędzie. Wokół mojej** kamienicy, mimo wykaszania, łopianu jest mnóstwo.
** Tzn. tej, w której mieszkam, i posiadam niewielki udział. Całej kamienicy jeszcze się nie dorobiłem.
O zaletach zdrowotnych łopianu można sobie poczytać w Wikipedii, oczywiście kierując się zasadą ograniczonego zaufania. Dla mnie oczywiście ma to drugorzędne znaczenie, bo wychodzę z założenia, że cała żywność jest z definicji niezdrowa*, gdyż jej spożywanie nieuchronnie prowadzi do śmierci. Oczywiście może być to przypadkowa korelacja - ludzie odżywiający się wyłącznie światłem też umierają**. Najważniejsze dla mnie jest to, co można z tej roślinki zjeść. W Azji je się oczywiście korzenie, na wiele różnych sposobów - można je smażyć, gotować, marynować, czy jeść na surowo w sałatce. Oprócz tego jadalne są młode łodygi kwiatów - rzekomo smak jest zbliżony do smaku serc karczochów. Co do liści nie jestem pewien (bo najpierw pojechałem na wieś, nakopałem korzeni, a dopiero potem zacząłem badać temat) - podobno można jeść młode listki w sałatce, ale trzeba je zblanszować. Inne źródła podają, że nie da się z nimi nic zrobić, bo są bardzo gorzkie. Następnym razem postaram się to zbadać (organoleptycznie) i poinformować o wynikach testu pt. Czytelników osobiście, lub zobowiązać do tego wykonawcę mojego testamentu.
* I w ogóle wszystko, co dobre w życiu jest albo tuczące, albo nielegalne, albo niemoralne, albo promieniotwórcze. I lepiej już było. I jak tu żyć, panie premierze?
** Przepraszam, zmieniają stan istnienia albo dokonują aktu dyskorporacji. Nie śmiałbym sugerować, iż odchodzą w niebyt, na mymłon Abrahama, albo coś jeszcze gorszego.
Na początek kilka zbawiennych rad dla pragnących pójść w moje ślady ze szpadlem. Korzeń łopianu zbiera się w pierwszym roku, od wiosny do wczesnej jesieni - potem roślina szykuje się do zimy i korzeń robi się twardy i żylasty. W drugim roku można zbierać łodygi kwiatów (które plamią łapki, więc proszę uważać) - wiosną, póki nie ma na nich kwiatów. Kopać należy po deszczu, kiedy ziemia jest rozmiękła, solidnym szpadlem, a nie jakąś tam sapereczką. Myśmy katowali się, wydzierając korzenie z twardej jak skała gleby - serdeczne podziękowania dla kol. Kreta, który obsługiwał łopatę, kiedy ja chciałem się poddać i czekać na opady.
Jak widać korzeń pozyskany z natury różni się nieco od korzenia obejrzanego na zdjęciu w sieci - jest mianowicie brudny, jak górnik po szychcie, krótki, bo się urwał, albo przecięliśmy szpadlem i strasznie porozgałęziany (oczekiwałem kija od szczotki).
Wiele przepisów na kinpira gobo zawiera marchew, ja jednak wybrałem najprostszy, jaki znalazłem, żeby mieć szansę poczucia smaku łopianu. Pochodzi z martwego już bloga Apple Pie, Patis & Pâté - na pewno w tym sezonie szparagowym wrócę do niego na sałatkę.
Kinpira gobo
Daje dwie porcje po ok. szklance
ad. 2 Sasagaki to technika cięcia przypominająca z grubsza ostrzenie ołówka nożem (najstarsi Czytelnicy pewnie pamiętają jeszcze ołówki z drewna i temperówki na żyletki). Odsyłam do zasobów gugla po szczegóły. Warto przygotować sobie miskę z wodą, bo korzeń szybko się utlenia i ciemnieje.
* Ewidentnie system się sprawdza, biorąc pod uwagę, ile tego badziewia rośnie wszędzie. Wokół mojej** kamienicy, mimo wykaszania, łopianu jest mnóstwo.
** Tzn. tej, w której mieszkam, i posiadam niewielki udział. Całej kamienicy jeszcze się nie dorobiłem.
O zaletach zdrowotnych łopianu można sobie poczytać w Wikipedii, oczywiście kierując się zasadą ograniczonego zaufania. Dla mnie oczywiście ma to drugorzędne znaczenie, bo wychodzę z założenia, że cała żywność jest z definicji niezdrowa*, gdyż jej spożywanie nieuchronnie prowadzi do śmierci. Oczywiście może być to przypadkowa korelacja - ludzie odżywiający się wyłącznie światłem też umierają**. Najważniejsze dla mnie jest to, co można z tej roślinki zjeść. W Azji je się oczywiście korzenie, na wiele różnych sposobów - można je smażyć, gotować, marynować, czy jeść na surowo w sałatce. Oprócz tego jadalne są młode łodygi kwiatów - rzekomo smak jest zbliżony do smaku serc karczochów. Co do liści nie jestem pewien (bo najpierw pojechałem na wieś, nakopałem korzeni, a dopiero potem zacząłem badać temat) - podobno można jeść młode listki w sałatce, ale trzeba je zblanszować. Inne źródła podają, że nie da się z nimi nic zrobić, bo są bardzo gorzkie. Następnym razem postaram się to zbadać (organoleptycznie) i poinformować o wynikach testu pt. Czytelników osobiście, lub zobowiązać do tego wykonawcę mojego testamentu.
* I w ogóle wszystko, co dobre w życiu jest albo tuczące, albo nielegalne, albo niemoralne, albo promieniotwórcze. I lepiej już było. I jak tu żyć, panie premierze?
** Przepraszam, zmieniają stan istnienia albo dokonują aktu dyskorporacji. Nie śmiałbym sugerować, iż odchodzą w niebyt, na mymłon Abrahama, albo coś jeszcze gorszego.
Na początek kilka zbawiennych rad dla pragnących pójść w moje ślady ze szpadlem. Korzeń łopianu zbiera się w pierwszym roku, od wiosny do wczesnej jesieni - potem roślina szykuje się do zimy i korzeń robi się twardy i żylasty. W drugim roku można zbierać łodygi kwiatów (które plamią łapki, więc proszę uważać) - wiosną, póki nie ma na nich kwiatów. Kopać należy po deszczu, kiedy ziemia jest rozmiękła, solidnym szpadlem, a nie jakąś tam sapereczką. Myśmy katowali się, wydzierając korzenie z twardej jak skała gleby - serdeczne podziękowania dla kol. Kreta, który obsługiwał łopatę, kiedy ja chciałem się poddać i czekać na opady.
Jak widać korzeń pozyskany z natury różni się nieco od korzenia obejrzanego na zdjęciu w sieci - jest mianowicie brudny, jak górnik po szychcie, krótki, bo się urwał, albo przecięliśmy szpadlem i strasznie porozgałęziany (oczekiwałem kija od szczotki).
Wiele przepisów na kinpira gobo zawiera marchew, ja jednak wybrałem najprostszy, jaki znalazłem, żeby mieć szansę poczucia smaku łopianu. Pochodzi z martwego już bloga Apple Pie, Patis & Pâté - na pewno w tym sezonie szparagowym wrócę do niego na sałatkę.
Kinpira gobo
Daje dwie porcje po ok. szklance
- ok. 250g korzenia łopianu
- olej do smażenia
- 2 Ł sake
- 1 Ł cukru
- 2 Ł sosu sojowego
- shichimi togarashi (opcjonalnie) do smaku
- ziarna sezamu (opcjonalnie) do posypania
- Korzeń dokładnie umyć i wyszczotkować pod bieżącą wodą. Poobrywać małe, boczne korzonki, ale nie obierać.
- Korzenie pokroić w zapałki lub sasagaki.
- Smażyć łopian na niewielkiej ilości rozgrzanego oleju przez 3-5 min. (aż będzie miękki). Zmniejszyć ogień, dodać sake, cukier i sos sojowy, gotować do odparowania. Dodać sezam i/lub shichimi togarashi.
Uwagi do wykonania:
ad. 1 Podobno wszystko, co w korzeniu łopianu najlepsze, zarówno smak, jak i składniki odżywcze, siedzi na wierzchu. Po oczyszczeniu korzenia zostało jakoś mało.
ad. 2 Sasagaki to technika cięcia przypominająca z grubsza ostrzenie ołówka nożem (najstarsi Czytelnicy pewnie pamiętają jeszcze ołówki z drewna i temperówki na żyletki). Odsyłam do zasobów gugla po szczegóły. Warto przygotować sobie miskę z wodą, bo korzeń szybko się utlenia i ciemnieje.
Korzeń ma bardzo ciekawy, ziemisty smak - najlepiej prezentował by się chyba w sałatce, bo w kinpirze trochę tłumi go cukier i sos sojowy. Niestety, eksperyment uważam za częściowo nieudany. Narobiłem się jak durny z kopaniem, czyszczeniem i krojeniem, a efekt był taki sobie. Owszem, łopian ma wielce interesujący smak, ale kinpira była dość żylasta i jadło się ją bez przyjemności - musiałem poświęcić mnóstwo energii na przeżuwanie. Przyczyny takiego stanu rzeczy mogą być różnorakie. Być może obróbka termiczna trwała za krótko (względnie została wykonana niepoprawnie, np. w zbyt niskiej temperaturze lub należało jako wstęp zastosować obróbkę na mokro) - w celu weryfikacji przeprowadzę eksperyment ponownie (mam nadzieję, że jeszcze w tym roku). Podejrzewam także, że kulinarne kultywary łopianu większego są mniej żylaste - tego raczej nie sprawdzę, bo nie wiem, gdzie mógłbym kupić "prawdziwe" gobo - najbliżej pewnie w KaDeWe.
piątek, 27 kwietnia 2012
Kinpira, czyli siekane warzywa sauté, z marchewki
Wierzyć mi się nie chce, że żadna kinpira nie załapała się jeszcze do bloga - robię ją dość często, gdy mi się spieszy, a nie mam pomysłu na "wkładkę warzywną" do bento. Kinpira to technika przygotowywania warzyw korzennych (w Japonii przede wszystkim korzenia łopianu* - gobo - ale także marchewki, korzenia lotosu, czy nawet ziemniaków), polegająca na szybkim usmażeniu w wysokiej temperaturze (ew. wcześniej ugotowawszy w niewielkiej ilości wody), w towarzystwie najczęściej sosu sojowego, sake, cukru, sezamu i przypraw. Cały witz polega na tym, żeby podczas obróbki termicznej zachować jak najwięcej witamin**.
* Nasz rodzimy chwast w Japonii jest hodowany z premedytacją, jako normalne, uczciwe warzywo. Gdyby ktoś miał ochotę spróbować - należy wybierać korzenie młodych roślin i wykopywać je do wczesnej jesieni - podobno potem robią się zbyt żylaste. Jeśli nadarzy się okazja, to na pewno spróbuję i opiszę.
** Przynajmniej tak to się teraz tłumaczy. Nie przypuszczam, żeby starożytni Japończycy świadomie starali się chronić składniki odżywcze.
Dziś kinpira ze swojskiej marchewki. Przepis podam za Just Bento, ale od razu zaznaczam, że od dawna robię na oko.
Kinpira marchewkowa
Daje dwie porcje po marchewce
* Nasz rodzimy chwast w Japonii jest hodowany z premedytacją, jako normalne, uczciwe warzywo. Gdyby ktoś miał ochotę spróbować - należy wybierać korzenie młodych roślin i wykopywać je do wczesnej jesieni - podobno potem robią się zbyt żylaste. Jeśli nadarzy się okazja, to na pewno spróbuję i opiszę.
** Przynajmniej tak to się teraz tłumaczy. Nie przypuszczam, żeby starożytni Japończycy świadomie starali się chronić składniki odżywcze.
Dziś kinpira ze swojskiej marchewki. Przepis podam za Just Bento, ale od razu zaznaczam, że od dawna robię na oko.
Kinpira marchewkowa
Daje dwie porcje po marchewce
- dwie średnie marchewki
- 1 Ł oleju do smażenia
- szczypta płatków chilii lub czerwonej papryki
- 1 Ł sosu sojowego
- 1 ł ziaren sezamu
- odrobina oleju sezamowego (opcjonalnie)
Marchewkę pokroić w zapałki. Rozgrzać olej na patelni lub w woku, wrzucić marchewkę i płatki chili/papryki i smażyć podrzucając/mieszając, aż marchewka nieco zmięknie, zachowując chrupkość (ok. 5 min. w zależności od grubości zapałek). Dodać sos sojowy, mieszać, aż odparuje/wchłonie się. Dodać ziarna sezamu i ew. olej, zamieszać, zdjąć z ognia.
Ponieważ Robaczek nie przepada za ostrymi rzeczami, we wszystkich japońskich przepisach, w których występują suszone płatki chili zamieniam je na suszone płatki czerwonej papryki, a potem ew. dosmaczam swoją porcję shichimi togarashi.
Krojenie marchewki w zapałki to dla niektórych katorga - ja w ten sposób, nomen omen, wyostrzam swoje umiejętności posługiwania się nożem. Mandolina (przynajmniej moja) w przypadku surowej marchwi się nie sprawdza, od biedy mógłbym zrobić grube wióry w robocie kuchennym, ale generuje to za dużo mycia.
Na zdjęciu efekt końcowy, smaczny i zdrowy.
Ja mam wolne do 7.05, więc najprawdopodobniej wpisów w tym czasie nie będzie. Chyba, że dopadnie mnie goń myślowa, i będę miał imperatyw kategoryczny, żeby ją przelać na elektrony. Lector emptor.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




