wtorek, 29 listopada 2011

Kulki z soczewicy

W tym tygodniu, Drodzy Parafianie, będziemy lecieć w kulki. Na dobry początek kulki z soczewicy. My jedliśmy je zamiast ryżu. Przepis z nieśmiertelnego Just Bento, ale Maki przyznaje, że wzięty z nieistniejącej już strony. Dzisiaj bez ględzenia, od razu do rzeczy.


Kulki z soczewicy
Daje ok. 30 kulek wielkości piłeczki golfowej (wg oryginalnego przepisu), ale my robiliśmy trochę mniejsze i z podwójnej ilości składników
  • 2 szklanki czerwonej soczewicy
  • 1/2 szklanki ugotowanego brązowego ryżu lub bulguru
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1/4 szklanki oliwy z oliwek
  • 1 ł nasion kminu rzymskiego
  • 1 ł mielonej kolendry
  • 1 ł garam masala
  • 1 ł płatków papryki chili
  • sól i pieprz do smaku
  • ziarna sezamowe do obtoczenia
  • ziarna czarnuszki do obtoczenia (opcjonalnie)
  1. Cebulę obrać i pokroić w kostkę, czosnek przecisnąć przez praskę lub (lepiej) drobno posiekać.
  2. Przepłukać soczewicę, umieścić w rondlu i zalać wodą ok. 2 cm powyżej ziaren. Dodać łyżeczkę soli, doprowadzić do wrzenia, a następnie gotować na wolnym ogniu, aż będzie miękka i nieco papkowata (ok. 15 minut). Odcedzić resztę wody.
  3. W tym samym czasie umieścić cebulę, czosnek, oliwę i przyprawy na patelni. Podgrzewać na małym ogniu, aż mieszanina będzie brązowa, a cebula miękka. Pod koniec dodać ryż lub bulgur. Zmieszać z soczewicą i studzić, aż będzie można wyrabiać masę rękoma. Doprawić do smaku. 
  4. Rozgrzać piekarnik do 180 st. C. Wyłożyć blachę papierem do pieczenia (można też użyć arkusza silikonu).
  5. Na talerzu zmieszać ziarna sezamu i czarnuszki. Z masy formować niewielkie kulki, zamaczać w wodzie i obtaczać w ziarnach. Układać na blasze.
  6. Piec ok. 20-30 minut, aż skorupka będzie nieco chrupiąca. 
Uwagi do wykonania:
ad. 2 Normalnie soczewicę wrzuca się na wrzątek, ale tu chodzi nam o to, żeby była ciastowata.
ad. 3 Maki używa ryżu, ale pisze, że w przepisie, z którego korzystała był bulgur. Ja nie miałem ryżu, ale miałem bulgur. Dla niezorientowanych: przyjmijmy, nie wdając się w szczegóły, że to taki kuskus. Uważam, że można go z powodzeniem zastąpić kuskusem albo zwykłym ryżem. Może też być makaron orzo (zwany w Polsce ryżowym lub mrówczymi jajami). Przyznam się również, że nie użyłem płatków chili, tylko wrzuciłem papryczki do oliwy i usunąłem przed dodaniem bulguru. 
ad. 5 Myśmy pomieszali mniej więcej pół na pół czarny i biały sezam i dodali nieco czarnuszki (bo mieliśmy mało). W tym momencie przydała się również praca na cztery ręce - ja zwilżonymi łapkami robiłem kulki, a Robaczek maczała i obtaczała. Sezam trochę odpada, proszę się nie przejmować.
ad. 6 Kulki wychodzą tak, czy siak dość miękkie - może warto było dodać surowe jajko, żeby bardziej związało?

Kulki są smaczne i pożywne. Nadają się do bento lub jako przekąski/finger food na jakąś imprezę. Warto wtedy zrobić kilka łagodnych dipów - kulki sa trochę pikantne.

Edit: zapomniałem o jedej rzeczy - mrożą się dość marnie, o tyle, że tracą chrupkość. Ale da się, są nadal zjadliwe, tylko tekstura nie ta.


piątek, 25 listopada 2011

Robaczkowa sałatka z cykorii i awokado

Robaczek kontynuuje tradycję robienia sałatki raz w tygodniu (ta będzie druga). Musi przy tym znieść moje wydziwianie, że różne składniki nie pasują mi do diety. Pokojowe negocjacje i szantaż emocjonalny doprowadziły do wybrania poniższego przepisu z książki "Potrawy z warzyw". Od razu przyznam się, że w oryginalnym przepisie była endywia kędzierzawa (zwana też strzępiastą) pół na pół ze zwykłą cykorią, ale nie widziałem jej w "normalnych" sklepach od lat. 


Awokado, fachowo owoce smaczliwki (cudowna nazwa, brawa dla autora) są dość interesujące z żywieniowego punktu widzenia - zawierają abstrakcyjnie dużo potasu i nierozpuszczalnego błonnika. No i mają też fajną, maślaną teksturę. W powszechnej sprzedaży w naszym kraju są dwie odmiany awokado - Hass i te drugie*. Przyjmijmy roboczo, że Hass (z niewiadomych przyczyn oznaczane czasem Haas - twórca kultywaru nazywał się Hass, do ciemnej śrubki!) to te ciemne, a te drugie, to te drugie. Tesco sprzedaje Hass jako "awokado premium", za co liczy sobie złotówkę więcej. Różnica smakowa jest niewielka (Haas są bardziej orzechowe i bardziej maślane), moje doświadczenie mówi, że Hass bywają bardziej dojrzałe, więc kupuję je, kiedy mi się śpieszy. Generalnie awokado (podobnie jak mnóstwo innych egzotycznych owoców) są w Polsce sprzedawane w stanie niedojrzałym** i trzeba je dodojrzewać - ja robię to w papierowej torebce w okolicy kaloryfera. Nie sprawdzałem osobiście, ale literatura przedmiotu*** wskazuje na pozytywny wpływ etylenu na proces dojrzewania owoców smaczliwki. Pisząc po ludzku - trzymanie awokado z bananami przyśpiesza dojrzewanie (jabłka też powinny dać radę). Z literatury przedmiotu wynika też, że dojrzewanie najlepiej przeprowadzać w temperaturze 18-20 st. C i wilgotności 90-95%, więc trzymanie na kaloryferze może nie być najlepszym pomysłem. Kiedy tylko kupię niedojrzałe awokado, przeprowadzę eksperyment w warunkach domowych, o którego wynikach poinformuję na blogu.

*Strzelam, że to Fuerte - są gładsze, zieleńsze i bardziej gruszkowate od Hass, a bardziej rozpowszechnione w handlu od Zutano i Bacon (które wyglądają podobnie).
**Awokado nie dojrzewa do konsumpcji, jeżeli jest wciąż przytwierdzone do drzewa, więc akurat w tym przypadku nie jest to niecny zamysł producentów/handlowców, ani przejaw niskiej jakości owoców.
***Eaks, I.L.: The Effect of Ethylene upon Ripening and Respiratory Rate of Avocado Fruit; California Avocado Society Yearbook 50 (1966) 
Adato, I.; Gazit, S.: Role of Ethylene in Avocado Fruit Development and Ripening; Journal of Experimental Botany, vol. 28, Isssue 3 (1977)


Darujemy sobie ględzenie o tym, co to znaczy, że awokado jest dojrzałe, jak kupować awokado itp. - zainteresowani sobie zguglają. Przechodzimy to tematu głównego.

Sałatka z cykorii i awokado
Daje dwie porcje
  • 3-5 cykorii
  • 2 dojrzałe awokado
  • 3 posiekane dymki
  • 3Ł solonych orzeszków ziemnych
  • 1Ł soku z cytryny
  • 1 ząbek czosnku
  • 3Ł oliwy
  • 2Ł masła orzechowego
  • sól i czarny pieprz do smaku
  1. Połączyć sok z cytryny, przeciśnięty przez praskę czosnek, oliwę i masło orzechowe. Doprawić solą i pieprzem do smaku.
  2. Awokado wyjąć ze skórki, pokroić i skropić sokiem z cytryny. Z cykorii usunąć głąby i pokroić liście na jednokęsowe kawałki. Zmieszać z awokado.
  3. Przed podaniem wymieszać z sosem, posypać orzeszkami i dymką.
Uwagi do wykonania:
ad. 1 Masło orzechowe ma być niesłodzone. Proszę przeczytać skład na opakowaniu, większość tego, co można znaleźć w sklepach to ulep.
ad. 2 Instrukcję wydobywania awokado ze skórki można znaleźć na youtube (podpowiem - tradycyjne obieranie to mordęga). Pocytrynowanie zapobiega jego czernieniu. Liczba użytych cykorii zależy od ich wielkości. 
ad. 3 Moje bento składało się z pojemnika z sosem i pojemnika z całą resztą. Był to błąd - orzeszki również należy trzymać osobno, bo znakomicie ciągną wilgoć i robią się gumowate (na co mogłem wpaść wcześniej, ale nie wpadłem, gdyż jestem bałwan). Przezroczyste orzeszki widać na załączonym obrazku.

Ogólnie bardzo udane połączenie smaków i tekstur - polecam!






środa, 23 listopada 2011

Jaja na bento III - tamagoyaki

Zaraza, znowu blogger mnie pokonał. Tym razem wpis ze środy 23.11 ukazał się z datą 16.11. Brawo ja.

Powrót bentojaj! Dziś bardziej miękkich, gdyż będziemy robić japońskiego omleta - tamagoyaki. Omlet japoński wyróżnia się na tle niejapońskich tym, iż jest zwinięty z wielu warstw jajka. Zwykle robi się go na prostokątnej patelni, zwanej makiyakinabe. Można ją oczywiście kupić w Polsce - zaczyna się od 40 PLN, średnia cena to jakieś 100-150, kończy się na 500-800 za miedzianą (in ya face, kucharze indukcyjni). Uwielbiam miedź, mam nawet dwie miedziane patelki, ale bez przesady. Swoją makiyakinabe (piękne słowo, cudownie układa się w ustach) kupiłem na wagę w Kerfurze za 10 zł. Oczywiście Kerfur nie wiedział, że to makiyakinabe ;-) Na prostokątnej patelni oczywiście łatwiej uzyskać omleta równej grubości, ale na tradycyjnej okrągłej też się da (odsyłam do jutuba). Poza tym, kto by się tam przejmował taką zupełnie nieważną cechą estetyczną jak symetria :P

Przepisów na tamagoyaki jest w sieci mnóstwo, takoż filmów, jak je zwijać, więc sobie daruję. Dzisiejszy przepis pochodzi (prawie) z filmu z cyklu "Cooking with dog". Filmy są absolutnie cudowne, a narrator ma doprawdy uroczy akcent. Ten konkretny filmik jest o bento, warto obejrzeć nawet, gdy nie zna się angielskiego (lub nie rozumie jego japońskiego narzecza) - można się np. dowiedzieć, jak zrobić ośmiornicę z parówki. Mam pewne zastrzeżenia co do techniki smażenia w głębokim tłuszczu - autor z uporem maniaka wrzuca różne rzeczy do zimnego oleju twierdząc, że się od tego równiej ugotują, albo coś podobnego - mnie uczyli, że wrzucając do rozgrzanego minimalizujemy ciągnięcie tłuszczu przez obiekt smażony. Sprawa wymaga badań - co prawda mógłbym przeprowadzić eksperyment w weekend, bo będziemy robić skrzydełka kurczaka tebasaki na urodziny Robaczka, ale nie mam pomysłu, jak zmierzyć zawartość oleju w kurze. Poza tym mogę coś źle pamiętać - na logikę wciąganie oleju może się odbywać przez panierkę, więc kurczak czy (jak na powyższym filmie) dynia powinny być bezpieczne. W każdym razie argument równomiernego ugotowania jest dla mnie bzdurą w przypadku materiału o małej miąższości i wystarczającym przewodnictwie cieplnym (skrzydełko).



Tamagoyaki z załączonego obrazka zrobiłem tak: 4 jajka roztaśtałem w kubeczku z odrobiną (ok. 1Ł) ketjap manis (taki indonezyjski, słodki i gęsty sos sojowy - można użyć klasycznego i odrobiny cukru, nie używać w ogóle, użyć grzybowego, ostrygowego, rybnego, keczupu, sosu Worcestershire...). Patelnię rozgrzałem i posmarowałem cieniutką warstwą oleju ryżowego (robię to silikonowym pędzelkiem - naprawdę nie trzeba wiele tłuszczu do tamagoyaki; można pomóc sobie w usuwaniu nadmiaru papierowym ręcznikiem). Wylałem cieniutką warstwę jajka na patelnię, rozprowadziłem, poczekałem aż lekko stężeje, po czym zawinąłem w nią zblanszowane liście szpinaku (blanszowałem króciutko, może pół minuty). Oczywiście omlet trochę się rozerwał, niezrażony wylałem następną warstwę, odczekałem, zawinąłem... i tak cztery razy, aż skończyło mi się jajko. Gotowy omlet zawinąłem w zwilżoną wodą bambusową matkę do sushi i trochę porolowałem, żeby lepiej się trzymał. I tyle. Dziś był opis słowno-muzyczny, zamiast instrukcji w punktach, ale proszę się nie przyzwyczajać.

Do środka tamagoyaki można włożyć nic lub cokolwiek (w zależności od potrzeb i fantazji kucharza). Tamagoyaki z nicem można zjeść same, użyć jako półprodukt do sushi lub pokroić i wrzucić do zupy.

Na koniec pochwalę się bentowym eintopfem (daniem jednogarnkowym) z wczoraj - potrawką z ciecierzycy i kurczaka (w oryginale z ryżem - u mnie nie ma, za wypełniacz robi przecież cieciorka), który wziąłem z Kuchni Ireny i Andrzeja (a oni wzięli jeszcze skądś). Potrawka jest pysznościowa, zmieniłbym tylko trzy rzeczy - mniej wody (bo wyszła dość wodnista), bulion drobiowy, zamiast wody (bo smak będzie bardziej intensywny) i zbrązowiłbym najpierw udka na patelni (bo tak). Udek użyłem wyfiletowanych, bez skóry.


Zdjęcie u Ireny i Andrzeja pokazuje warzywa pokrojone w kostkę (mimo, że przepis mówi o krojeniu w plasterki), co też jest moim zdaniem lepszym pomysłem.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jaja na bento II - po szkocku

Bentojaja kontratakują! Dzisiaj tylko jeden przepis - z lotu ptaków, fusów po kawie i wnętrzności zwierząt ofiarnych wyszło mi, że lepiej pisać mniej, a częściej, niż więcej, a rzadziej. Bóstwa Internetu są bardziej zadowolone. Dziś mięsożernie. Mam pewien obłędny pomysł na wersję wege, ale opiszę jak wypróbuję.

Na początek tradycyjne ględzenie, do którego pominięcia zachęcam i zapraszam w okolice przepisu właściwego. Dziś będzie o mięsie mielonym. Nie kupuję mięsa mielonego, czego i Wam życzę. Na potrzeby tego marudzenia przeprowadziłem inspekcję mięs mielonych w smarkecie. Przykład: mięso wieprzowo-wołowe. Skład, bez wdawania się w szczegóły: mięso 64% (wołowego jest więcej, więc na moją logikę powinno być wołowo-wieprzowe, ale może jest alfabetycznie), woda, tłuszcz, błonnik, białko, stabilizatory, przeciwutleniacze, aromaty, glutaminian sodu (jakżeby inaczej), sól. A, i jeszcze stosunek mięsa do tkanki łącznej 18%. Czyli jeśli dobrze rozumiem, jedna piąta mięsa nie jest mięsem*. Czyli mięsa w mięsie jest około połowa. Super.

*Można się kłócić, czy tłuszcz to mięso, ale wszystkie inne typy tkanki łącznej mięsem nie są, amen.

Reszta mielonego tak samo, żeby nie było, że tendencyjnie wybrałem opakowanie. Najbardziej zabawny jest tatar: nie obędzie się bez glutaminianu i jakiś wynalazków. Wolę kupić nawet byle jakie ochłapki i zemleć sam (niech żyją elektryczne maszynki) - będzie mięsniej. Kochany Narodzie, czytajcie dokładnie etykietki - mięso paczkowane (nie tylko mielone) ma czasem niską zawartość mięsa w mięsie. Mielenie mięsa samemu ma też tą zaletę, że można sobie pookrawać tłuszcz i tkankę łączną. W Polsce nie ma w powszechnej sprzedaży mięsa ekologicznego, a w tkance tłuszczowej często są obecne resztki leków dodawanych do pasz i toksyn ze środowiska. Wszystkiego nie wytniemy (poza tym np. stek powinien być troszkę poprzerastany tłuszczem), ale zawsze coś.

To tyle ogłoszeń parafialnych w dniu dzisiejszym. Przepis z Just Bento. Klasyczne jajka po szkocku smaży się w głębokim tłuszczu, ale my sobie darujemy. Z resztą jajka po szkocku (czy też szkockie - w oryginale "scotch eggs") mają tyle wspólnego ze Szkocją, co pierogi ruskie z Rosją.



Jaja po szkocku
Przepis na 3-4 jajka

  • 350g mięsa mielonego (u mnie była to mieszanka szynki wieprzowej i uda indyczego, może być również wołowe)
  • mała cebula
  • jedno surowe jajko
  • 3Ł panko, bułki tartej lub okary
  • 1/2 ł soli
  • czarny pieprz i gałka muszkatołowa do smaku
  • mąka (z cieciorki w wersji slow-carb)
  1. Cebulę drobno posiekać. Wymieszać mięso, cebulę, surowe jajko, sól, pieprz, gałkę i panko/bułkę/okarę w misce. 
  2. Podzielić mieszankę na 3-4 części (w zależności od liczby jaj). 
  3. Obtoczyć jajko w mące. Jedną porcję mięsa rozpłaszczyć na dłoni. Ułożyć na środku umącznione jajko i delikatnie otoczyć mięsem. Uformować kulę i delikatnie obtoczyć w mące.
  4. Powtórzyć pkt. 3 dla pozostałych jajek. 
  5. Rozgrzać piekarnik do 200 st. C. Piec 20 min., następnie obrócić i piec kolejne 15-20 min.
Jajek warto użyć jakiś mniejszych, bo kule z rozmiaru L wychodzą spore (czego nie widać na obrazku poniżej, bo nie wpadłem na pomysł postawienia czegoś, żeby oddać skalę). Ja spożywałem na sucho, ale autorka przepisu lubi przekrojone posmarować sobie keczupem. Smacznego. 


czwartek, 17 listopada 2011

Puree z białej fasolki z parmezanem i passatą

Drobna, biała fasolka jest nudna z definicji - biały to najnudniejszy z kolorów, odpowiedni dla samochodów służbowych przedstawicieli handlowych, a i fasolkowatość nie wzbudza specjalnych emocji. Jednym z założeń diety slow-carb jest niestety to, że powinna być nudna (bo łatwiej ją utrzymać, jedząc bez przerwy to samo - czytaj wcinając fasolę z pudełka, szpinak z worka i mięso z puszki). Nie mam zamiaru obrzydzać Robaczkowi i sobie życia, gotując bez przerwy to samo, a specjalnych problemów z wyborem różnorodnych przepisów nie mam. Czasem jednak trzeba zrobić porządki w kuchni.

Puree z fasolki
Daje dwie porcje po ok. szklance
  • garść białej, drobnej fasolki (znalazłem resztkę w szafce)
  • 1/3 szklanki passaty (została z weekendu - jedliśmy makaron)
  • sól i pieprz do smaku
  • garstka parmezanu (żeby nie było nudno)
  • dwie łyżki oleju lnianego (wmawiam sobie, że zdrowo, prawda taka, że potrzebowałem poślizgu, bo puree było dość suche bez niego)
  1. Fasolkę namoczyć przez noc, a następnie odcedzić, przepłukać i zalać wodą w garnku. Gotować ok. godziny na średnim ogniu. 
  2. Odcedzić, wystudzić w stopniu wystarczającym do dalszej obróbki. Dodać olej i passatę, zmiksować na puree. 
  3. Dodać parmezan, sól i pieprz. 
Można spokojnie podać na ciepło. Robaczek nie zgłaszała zastrzeżeń, więc na zimno też daje radę (ja się nie liczę - chociaż jestem smakoszem i łakomczuchem, to w ostatecznym rozrachunku i tak zjem wszystko).



środa, 16 listopada 2011

Gdzie kupić japońskie składniki?

[edit] Uaktualniana na bieżąco wersja dostępna tutaj.

Kochany Narodzie, bento znaczy "obiad w pudełku", a nie "obiad w pudełku zrobiony koniecznie wg japońskich przepisów i na japońskich składnikach". Wspaniałe tego przykłady można znaleźć na blogu Bento po polsku. Ja często robię do bento dania japońskawe głównie dlatego, że lubię japońską kuchnię jako taką. Nie ma przymusu.

To powiedziawszy zajmiemy się palącym problemem pt. "skąd wziąć składniki specyficzne dla kuchni japońskiej". Dodatkowo będziemy zajmować się problemem "i żeby było w miarę tanio". Chciałbym zaznaczyć, że jestem mieszkańcem Dużego Miasta** (Wrocław) i Zakład Pracy czasami wysyła mnie w delegacje do Małego Miasta w Niemczech (a jak nie wysyła, to jedziemy od czasu do czasu z Robaczkiem na zakupy do Rzeszy). Znaczy to, że moje recepty nie są uniwersalne, ani dla wszystkich*.

*Poszukujących odpowiedzi uniwersalnych i dla wszystkich odsyłam do książek Douglasa Adamsa lub dowolnego związku wyznaniowego. Poza tym są chyba na to jakieś aplikacje.
**Wersja dla mieszkańców Stolicy: mieszkam na prowincji. PBMSPANC. Już nie będę ;-)

Zasady podstawowe (oczywiste oczywistości, na które wszyscy już wpadli sami):
  • Kupuj duże paczki. Kupowanie większej ilości na raz najczęściej oznacza kupowanie taniej, np. ryż kupuję w dziesięciokilowych workach, przez co jest 4 razy tańszy, niż na półce w smarkecie. Kupuję w wielkich paczkach co się da - ryż, miso, wasabi, gari, ocet ryżowy, sos sojowy itp. Niestety, umbeboshi złośliwe sprzedawane są w opakowaniach 250g.
  • Kupuj grupowo (nie, nie chodzi mi o te wszystkie kupony) - czasem duże opakowanie jest za duże, żeby je przerobić przed upływem terminu przydatności, ale zawsze można się umówić ze znajomymi. 
  • Jeśli nie widzisz różnicy, to po co przepłacać. Na przykład moje podniebienie nie wyczuwa różnicy między krótkoziarnistym ryżem odmiany japonica wyrosłym we Włoszech i Japonii (tzn. czasem potrafię stwierdzić, że są różne, ale nie potrafię powiedzieć, który lepszy; na dodatek wiele zależy od obróbki - czasem wyjdzie perfekcyjny, czasem klajster, czasem węgiel; poza tym przyprawia się różnymi rzeczami, które są różnej jakości - ilość zmiennych jest ogromna). Nie widzę powodu, żeby udawać przed sobą i/lub całym światem, że odróżniam sos sojowy Kikkoman konfekcjonowany w Holandii od tego "prawdziwie" japońskiego. Konia z rzędem temu, kto smakowo odróżni nori japońskie od koreańskich. Są granice, których przekraczać nie warto (nieświeża ryba, mrożone sushi, sztuczne dodatki, sos sojowy Tesco bez soi) lub nie wolno (sushi z ryżu niejapońskiej odmiany będzie jakąś potrawą, ale nie można nazwać go sushi, bo nie mieści się w definicji), ale bądźmy rozsądni. 
  • Kupuj za granicą. Piszę to z wygodnej pozycji człowieka stosunkowo często bywającego w Republice Federalnej Niemiec, ale mnóstwo z nas ma krewnych/znajomych na emigracji, albo po prostu bywa na wakacjach GDZIEŚ. Warto znać ceny i obkupić się w egzotyczne (lub lokalne) specjały na urlopie. Oczywiście jeśli jedzie się samochodem.  Samolotem oczywiście też można przywieźć coś lekkiego, np. szafran - pamiętajcie tylko o wyjęciu podejrzanych rzeczy z bagażu podręcznego (mi w Londku skonfiskowali musztardę, przez co pomysł sterroryzowania nią samolotu legł w gruzach) i nie woźcie oscypków do USA (rzekomo na rentgenie są nieodróżnialne od pocisków do granatnika).
  • Nie kupuj gotowego. Rzeczy wysokoprzetworzone są znacznie droższe, niż cena sumy ich składników. Owszem, mirin jest drogi - ok. 50 zł za butelkę 0,7 litra, sos sojowy też (ok. 25 zł za litr niezłego), ale zrobimy z tego 1,5 litra tare (marynaty do teriyaki) i jeszcze zostanie nam trochę mirinu do czegoś innego (potrzebny jest jeszcze cukier, ale jego koszt jest pomijalny). Gotowe tare przy dużym szczęściu kupimy za 30 zł za litr, i z dużym prawdopodobieństwem będą w nim dodatkowe dodatki. 

W kolejności od najłatwiej dostępnego dla przeciętnego człowieka:
  • Aledrogo. W teorii jest tam wszystko, w praktyce bywa różnie. Łatwo porównywać ceny. Dużo rzeczy w dużych opakowaniach. Warto czasem pooglądać bezmyślnie aukcje w dziale delikatesy - można znaleźć pojedyncze sztuki różnych ciekawostek z importu prywatnego. Kupuję tam głównie ryż, sos sojowy, ocet ryżowy, wasabi, gari, glony, makarony, katsuobushi (wg mojej wiedzy jedyne w Polsce źródło), dashi w proszku, przyprawy, sezam, czasem miso, czasem jakieś wynalazki. Kiedy znajdę coś interesującego, klikam na "inne przedmioty sprzedającego" i staram się wymyśleć, co jeszcze mógłbym kupić - koszty wysyłki bywają bolesne.
  • Sklepy internetowe (polskie). Obecnie w zasadzie nie korzystam, ale są i to często z interesującym asortymentem. Jak w poprzednim przypadku, koszty wysyłki bywają barierą, ale często dużo łatwiej coś zwrócić, zrobić awanturę itp. Kupowałem w ten sposób japońskie noże.
  • Sklepy internetowe (zagraniczne). Zaliczam tu też kupowanie na ebayu. Ryzykowne, bo poczta jest nieprzewidywalna, podobnie jak celnicy*. Drogie, z powodu różnic kursowych i obłędnych kosztów przesyłki. Warte rozważenia, jeśli mamy znajomego w kraju pochodzenia sklepu. Dostępne jest w zasadzie wszystko.
  • Kuchnie Świata. Sieć sklepów z mniej lub bardziej egzotyczną żywnością w galeriach handlowych w dużych miastach oraz sklep internetowy. W Internecie wybór mają obłędny, w sklepach stacjonarnych (przynajmniej we Wro) siłą rzeczy mniejszy. Bardzo wygodne rozwiązanie dla ludzi, którzy mają taki sklep pod nosem (ja) - kupuję tam rzeczy z lodówki/zamrażarki (np. miso, tofu, umeboshi), furikake (okropnie drogie - ok. 30 zł za niewielką paczuszkę, ale pyszne, trudne do odtworzenia w domu i słabo dostępne gdzie indziej), japońskie sosy, mirin, czasem ocet ryżowy. I oczywiście mnóstwo rzeczy niejapońskich. Staram się robić to jak najrzadziej - KŚ są okropecznie drogie (rzeczy, których cenę w kraju pochodzenia znam, kosztują co najmniej x2). Można umawiać się na świeże owoce morza (we Wro w czwartki). Kiedyś był tu najtańszy tuńczyk w mieście (połowa ceny gdzie indziej), ale się zorientowali :( Warto zachodzić od czasu do czasu, bo zdarzają się okazje.
  • Niemcy. Dużo nalepek na rzeczach w Kuchniach Świata po zdrapaniu odsłania nalepkę niemiecką. Dopiero po zdrapaniu niemieckiej jest napis po, dajmy na to, syngalesku. Smutna prawda jest taka, że rzeczy, które u nas są w ekskluzywnych sklepach, w Bundesrepublik są w dyskontach. Kiedy bywam na zakupach w Niemczech (w końcu do Berlina jest z Wro bliżej niż do Wawy), lista zakupów wygląda zwykle dość prosto: browary, gorzała, chemia, co się tam wypatrzy. W tą ostatnią kategorię wpadają zwykle jakieś egzotyczne przyprawy, sosy, owoce, grzyby, warzywa itp. Sake kupuję wyłącznie w Republice Federalnej, akcyza i marża w Polsce czynią ją abstrakcyjnie kosztownym napitkiem. Z przyczyn mi nieznanych tanio wychodzi też sól morska.**
  • Sklepy specjalistyczne (stacjonarne). We Wrocławiu chadzam do Pachnącej Księgarni (czy coś w tym stylu) na Wita Stwosza - mają tam różne cuda. W wielu miastach (również tych mniejszych) można dostać interesujące składniki w sklepach z żywnością "ekologiczną", "zdrową" itp. Warto się zainteresować, pokręcić po różnych eko/wege/Yogi forach, popytać znajomych. Można odkryć wiele pyszności (ja np. ostatnio odkryłem tempeh).
  • Sklepy dla bogatych. Stacjonarne lub internetowe. Raczej w wielkich miastach - Wawa, Wrocek, Łódź, Poznań, Kraków, Katowice, Trójmiasto. O stacjonarnych się wie, jak się w danym mieście mieszka, internetowe łatwo znaleźć wpisując w guglu "foie gras cena". Internetowe często dowożą, nawet świeże ryby. Stacjonarne mają po kilkanaście odmian ziemniaków, szparagi cały rok i ceny razy dwa. Bariery są dwie: lokalizacja i cena. Przy internetowych dochodzi jeszcze fakt, że nie można obejrzeć towaru przed zakupem i trzeba kupować rzeczy w całości (np. trzy kilo ryby za 100+ złoty kilo). Czasem lepiej pójść do renomowanej restauracji - wydamy tyle samo, albo mniej, nie trzeba stać przy garach, atmosfera jest miła, a potrawę przyrządzi profesjonalista, a nie jakiś garkotłuk (czyli np. ja). 

*Fajnie jest zamówić sobie pół kilo kuzu, bo wychodzi tanio, po miesiącu dostać paczkę z pieczątką "objęto procedurą warunkowego dopuszczenia do obrotu", a potem za kilka dni być zaszczyconym bladym świtem wizytą uzbrojonej ekipy przeszukiwawczej, która starannie zabezpieczy wszystkie białe proszki w domu (robiąc przy tym kipisz i dużo hałasu - sąsiedzi mają o czym mówić przez lata). Co ciekawe, polskie organy ścigania zdają się nie zauważać polskich internetowych sklepów z "suplami", sprzedającymi każdemu chętnemu substancje kontrolowane pod szyldem "odżywek". 
** Kawa też jest tańsza, ale w Holandii jest jeszcze tańsza, a wspomniane Małe Miasto leży na granicy z tym płaskim krajem. 

Nie bez kozery na liście nie ma klasycznych smarketów. Co prawda każdy, w którym bywam, ma półkę "kuchnie świata", ale z dokładnością do szczegółów są tam rzeczy niejadalne, bardzo gotowe i/lub drogawe. Zdarzają się chlubne wyjątki, dlatego w moich cotygodniowych wędrówkach przechodzę wzdłuż takiej półki, ale zwykle nic nawet nie przyciąga mojego wzroku.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Jaja na bento - herbaciane i miso

Miałem ten wpis napisany już w całości, ale blogger był uprzejmy zeżreć podczas wstawiania zdjęć. Nauka na przyszłość: robić sobie kopię offline przy okazji sprawdzania pisowni.

Z kronikarskiego obowiązku: w sobotę jedliśmy zupę porowo-ziemniaczaną z wędzonym łososiem* i była absolutnie fantastyczna. Ukłony dla autorki Kwestii Smaku.

*Oczywiście zrobiłem po swojemu, na uczciwym, rybnym bulionie, z krabem zamiast krewetek i lżejszą śmietanką. 

Dzisiaj będę sobie robił jaja. Coś tu powinienem naukowo palnąć o cholinie i testosteronie, ale można sobie zguglać. Zwykle do bezpośredniego spożycia kupuję jaja ekologiczne albo wolnowybiegane, bo są po prostu smaczniejsze (co sprawdziłem organoleptycznie w ślepym teście, żeby nie było, że wierzę w jakieś ekogusła).
Wyglądają też lepiej od klatkowych po rozbiciu. Bardzo smaczne (i bardzo drogie) są też jajka zielononóżek. Tam, gdzie jajo robi jako lepiszcze (ciasta, kotlety itp.) używam trójek, bo nie czuję różnicy, używając droższych jaj od szczęśliwszych kur. Rzekomo od stycznia jak klatkowych nie będzie, bo znoszenie ich przez kury stłoczone na małej powierzchni i robiące sobie nawzajem na głowy jest niehumanitarne. Uwierzę, jak zobaczę. W każdym razie nawet superszczęśliwa, ekologiczna kura zużywa się po 180 dniach noszenia i idzie na rzeź.

Najpierw jedyny słuszny sposób produkcji jaj na twardo, pochodzący z książki wielkiego szefa kuchni, Michela Roux. Książka ma wiele mówiący tytuł "Jajka" i oprócz mnóstwa wspaniałych, restauracyjnych (czyli smacznych i niezdrowych, tak, jak lubię) przepisów, zawiera garść zbawiennych rad dotyczących jajek, ich obróbki, przechowywania itp. oraz garść przepisów na zapychające żyły sosy i dressingi. Do rzeczy: doprowadzone do temperatury pokojowej jajka umieszczamy w dość głębokim rondlu i zalewamy wodą tak, aby były porządnie przykryte. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 6 minut od tego momentu (przepis jest na jaja średnie, dla innych trzeba pomanipulować tym czasem). Następnie przekładamy jajka łyżką cedzakową do naczynia z wodą i lodem, czekamy ok. 10 minut, po czym obieramy pod strumyczkiem zimnej wody poczynając od bardziej obłego końca.

Nie mam czasu/chęci/cierpliwości/potrzeby/foremek, żeby bawić się w formowanie jajeczek jak Szanowne Koleżanki z Bento po polsku i To trzeba lubić. Ograniczam się do jajka w kształcie serduszka raz w roku (przepis tu, chyba trochę za mocno ściśnięte, lepiej wygląda tu; metody formowania z jajek ostrosłupów i graniastosłupów tu, barwienia tu).

Przepisów dostarczył znany, lubiany i przeze mnie nadużywany blog Just Bento. Przepisy zakładają użycie uprzednio ugotowanych na twardo i obranych jaj kurzych. Można użyć jaj przepiórczych, odpowiednio zmieniając proporcje (1 jajo kurze = 3-4 jaja przepiórcze), ale ja zjadam je tylko w tatarze i maczane w dukkah (ale chętnie poszerzę swoje horyzonty, jeśli ktoś ma jakieś ciekawe propozycje). Można jeść w całości, pokrojone, w sałatce itp.

Jaja herbaciane
Przepis na 3-4 jajka


  • 2 szklanki wrzątku
  • dwie torebki czarnej herbaty (nie pijam w torebkach, więc u mnie dwie łyżeczki)
  • 1/3 szklanki sosu sojowego
  1. Zaparzyć herbatę. Zalać jajka naparem (z torebkami lub fusami) w szczelnym pojemniku. Dodać sos sojowy. 
  2. Umieścić w lodówce na co najmniej 8 godzin i nie więcej, niż 3 dni. 

Na zdjęciu jajka tuż po zalaniu marynatą. Użyłem herbaty Earl Grey, bo akurat była jedyną czarną herbatą w naszym domu (i bardzo ją lubię). W efekcie efekt końcowy miał przyjemny zapach bergamotki. 


Po dwóch dniach (im dłużej leżą w zalewie, tym bardziej słone się stają) jajka nabrały upiornego koloru. Na szczęście tylko z wierzchu. 


Jaja miso
Przepis na jedno jajko
  • 2Ł miso
  • 1ł syropu klonowego
  1. Zmieszać miso i syrop klonowy na gładką pastę. Rozsmarować pastę na arkuszu folii spożywczej i zawinąć w nią jajko. 
  2. Umieścić w lodówce na co najmniej 5 godzin i nie dłużej, niż 3 dni. 
Syrop klonowy pochodzi z oryginalnego przepisu i myślę, że z powodzeniem można go zastąpić miodem lub w ogóle pominąć. Zawijanie jest proste - smarujemy ...


... jajko na środek ...


... i zawijamy.


Taki pakunek ląduje na jakimś talerzyku (bo lubi pocieknąć) w lodówce. Po wyjęciu ma przyjemny, beżowy kolor. Miso można zetrzeć, albo nie. 


Po czterech dniach w lodówce również środek jest beżowawy. Oczywiście wiele zależy od użytego miso.

Na koniec bento dla Robaczka na dziś - jajo miso, tsukemono z kapusty pekińskiej i białej (modyfikacja tego przepisu) oraz fasolka mung. Nieprzytomnie pomieszałem z rana torebki i Robaczek dostała gigantyczną porcję fasolki z guacamole, a ja jej bento i całą resztę swojego. Robaczek twierdzi, że guacamole było dobre, a ja specjalnie go jej nie dawałem, bo myślałem, że za ostre.