wtorek, 6 grudnia 2011

Kulki mięsne

Znowu kulki. Dzisiaj dopieszczę mięsożerców - kulki są ze świniny (głównie). Inspirowane Just Bento (głównie) - źródła inspiracji można znaleźć w tym poście. Pisałem tam, że alternatywą dla burgerów jest zrobienie kulek i usmażenie w głębokim tłuszczu. Takoż uczynimy. Najpierw jednak o smażeniu w głębokim tłuszczu słów kilka.


Smażenie w głęboki tłuszczu jest zaliczane do "suchych" metod gotowania (bo bez wody). Wbrew intuicji jedzenie nie robi się od niego nadmiernie tłuste - jeśli tłuszcz, w którym smażymy, ma odpowiednią temperaturę (o czym za chwilę) parująca z wnętrza potrawy woda (te bąbelki, które widzimy podczas smażenia wokół kawałków jedzenia) zapobiega jego przenikaniu do środka. Poza tym tłuszcz nie jest z definicji zły, więc trochę można i trzeba go zjadać. Źródła różnią się w kwestii tego, jaka temperatura jest "odpowiednia" do smażenia na głębokim tłuszczu, poza tym zależy to od gęstości i przewodnictwa cieplnego jedzenia, ale można przyjąć, że między 175 a 190 st. C jest dobrze. Przyzwoity termometr z sondą kosztuje poniżej 50 peelenów i będzie służył przez lata, ale jeśli ktoś nie ma, to mądrość ludowa głosi, że olej jest wystarczająco rozgrzany wtedy, gdy wrzucona do niego kostka białego pieczywa o boku 2,5 cm brązowi się w czasie jednej minuty. Mądrość ludowa nie określa stopnia zbrązowienia, ani typu pieczywa (żadna niespodzianka). Nie należy do oleju wrzucać jedzenia zimnego i za dużo, bo spowoduje to jego ochłodzenie poniżej pożądanej temperatury. I nie należy nic wrzucać w ogóle - bezpieczniej jest wsuwać. Oparzenia od gorącego tłuszczu goją się w sposób wielce interesujący i długotrwały.

Smażyć na głębokim tłuszczu można wszystko, z lodami włącznie (Szkoci smażą batoniki Mars). Tłuszcz musi mieć wysoką temperaturę dymienia - ja smażę w rzepakowym lub słonecznikowym (mają w miarę neutralny zapach), ew. w oleju z orzeszków ziemnych (ma zapach lekko orzeszkoziemny). Można dodać odrobinę oleju sezamowego (odrobina = jeden bul z butelki) - wtedy potrawa będzie miała zapach lekko sezamowy. Tej techniki należy używać na własne ryzyko - punkt dymienia oleju sezamowego jest relatywnie niski (ok. 180 st. C dla nierafinowanego, taki np. rzepak ma 240). Posiadaczom tzw. frytownic gratuluję, ja smażę w garnku z koszyczkiem. Pożary oleju gasimy posypując solą.

Generalnie olej użyty raz wylewam, bo w warunkach domowych nie ma możliwości sprawdzenia, jaki jest stopień jego zepsucia w skutek utleniania i polimeryzacji (można niby organoleptycznie, ale wtedy jest już zwykle za późno). Poza zwykle sporo panieruję, czyli proszę się o powstanie akrylamidu (który jest związkiem rzekomo* dość paskudnym, a wystarczająco dużo go zjadam w oliwkach i suszonych śliwkach).  Z tego powodu smażę w głębokim tłuszczu dość rzadko.

*Dawka, którą przyjmuje w jedzeniu przeciętny człowiek jest 900 razy mniejsza od tej, która wywołuje raka u 10% szczurów. Też rzekomo.

Kulki mięsne
Daje ok. 50 kulek

  • 1 kg mięsa mielonego (u mnie karkówka)
  • 1 szklanka namoczonej okary lub bułki tartej
  • 1 surowe jajko
  • 1 średnia cebula (posiekana, lub przemielona razem z mięsem - dla leniwych)
  • (edit: skleroza) 200g pokruszonego tofu
  • sól, pieprz i gałka muszkatołowa do smaku
  • mąka kukurydziana do obtaczania
  • olej do głębokiego smażenia
  1. Dokładnie wymieszać mięso, tofu, okarę, jajko, cebulę i przyprawy. Formować niewielkie kulki (z ok. 1 łyżki masy) i obtaczać w mące kukurydzianej
  2. Wrzucać po kilka na rozgrzany olej i smażyć 3-5 minut na złotobrązowy kolor. Odsączać na papierowych ręcznikach. 
Nie pamiętam, skąd wziąłem pomysł obtaczania akurat w mące kukurydzianej. Równie dobrze mogłaby być inna (albo wcale). Niedokładnie pokrojona cebula powoduje pękanie kulek podczas smażenia (widoczne na pierwszym zdjęciu po prawej stronie). Technika jedzenia kulek jest taka sama, jak burgerów - same z siebie są dość suchawe i dość bezsmakowe, więc trzeba je ratować różniastymi sosami. Użycie dodatku (lub wyłącznie) mięsa wołowego znacznie poprawia smak.

Produkcja taśmowa się sprawdza. Ja lepię...


... Robaczek obtacza.


Mrożą się doskonale.

Miłego mikołajowania!

piątek, 2 grudnia 2011

Jaja na bento IV - w sosie sojowym

Obiecałem kulki, a jajka są chyba sferoidami, więc prawie kulkami (na tej samej zasadzie, jak piątek jest prawie sobotą). Dzisiejszy przepis jest bardzo prosty:

  • bierzemy obrane jajo na twardo (lub kilka - łatwiej zrobić);
  • w rondelku podgrzewamy sos sojowy (łyżka na jajo, na małym ogniu);
  • gdy sos zawrze wrzucamy jaja i obtaczamy, aż cały sos odparuje. 
Koniec. Przepis jak zwykle pochodzi z Just Bento. Jaja po zrobieniu mają przyjemny orzechowy* kolor (tylko z wierzchu - w środku są nieodróżnialne od "zwykłych" jaj na twardo):


Przypominają nieco jaja wielkanocne barwione cebulą, tyle, że bez skorupki. Widać wszystkie niedoskonałości obierania, każde uszkodzenie białka, więc jeśli oczekujemy czegoś dekoracyjnego, musimy być ostrożni. Niestety, po nocy w pudełku, kolor jest jakby mniej atrakcyjny (zdechły jakiś). Smak pozostaje - słony na początku, jajeczny w środku, nieco słodkawy (nolens volens sos trochę karmelizuje). 



*Mam lekki daltonizm, nie odróżniam odcieni brązu, zieleni, mam kłopoty z fioletem i takie tam. Uprzejmie proszę o powstrzymanie się od poprawiania mnie w kwestiach kolorystycznych. 

wtorek, 29 listopada 2011

Kulki z soczewicy

W tym tygodniu, Drodzy Parafianie, będziemy lecieć w kulki. Na dobry początek kulki z soczewicy. My jedliśmy je zamiast ryżu. Przepis z nieśmiertelnego Just Bento, ale Maki przyznaje, że wzięty z nieistniejącej już strony. Dzisiaj bez ględzenia, od razu do rzeczy.


Kulki z soczewicy
Daje ok. 30 kulek wielkości piłeczki golfowej (wg oryginalnego przepisu), ale my robiliśmy trochę mniejsze i z podwójnej ilości składników
  • 2 szklanki czerwonej soczewicy
  • 1/2 szklanki ugotowanego brązowego ryżu lub bulguru
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1/4 szklanki oliwy z oliwek
  • 1 ł nasion kminu rzymskiego
  • 1 ł mielonej kolendry
  • 1 ł garam masala
  • 1 ł płatków papryki chili
  • sól i pieprz do smaku
  • ziarna sezamowe do obtoczenia
  • ziarna czarnuszki do obtoczenia (opcjonalnie)
  1. Cebulę obrać i pokroić w kostkę, czosnek przecisnąć przez praskę lub (lepiej) drobno posiekać.
  2. Przepłukać soczewicę, umieścić w rondlu i zalać wodą ok. 2 cm powyżej ziaren. Dodać łyżeczkę soli, doprowadzić do wrzenia, a następnie gotować na wolnym ogniu, aż będzie miękka i nieco papkowata (ok. 15 minut). Odcedzić resztę wody.
  3. W tym samym czasie umieścić cebulę, czosnek, oliwę i przyprawy na patelni. Podgrzewać na małym ogniu, aż mieszanina będzie brązowa, a cebula miękka. Pod koniec dodać ryż lub bulgur. Zmieszać z soczewicą i studzić, aż będzie można wyrabiać masę rękoma. Doprawić do smaku. 
  4. Rozgrzać piekarnik do 180 st. C. Wyłożyć blachę papierem do pieczenia (można też użyć arkusza silikonu).
  5. Na talerzu zmieszać ziarna sezamu i czarnuszki. Z masy formować niewielkie kulki, zamaczać w wodzie i obtaczać w ziarnach. Układać na blasze.
  6. Piec ok. 20-30 minut, aż skorupka będzie nieco chrupiąca. 
Uwagi do wykonania:
ad. 2 Normalnie soczewicę wrzuca się na wrzątek, ale tu chodzi nam o to, żeby była ciastowata.
ad. 3 Maki używa ryżu, ale pisze, że w przepisie, z którego korzystała był bulgur. Ja nie miałem ryżu, ale miałem bulgur. Dla niezorientowanych: przyjmijmy, nie wdając się w szczegóły, że to taki kuskus. Uważam, że można go z powodzeniem zastąpić kuskusem albo zwykłym ryżem. Może też być makaron orzo (zwany w Polsce ryżowym lub mrówczymi jajami). Przyznam się również, że nie użyłem płatków chili, tylko wrzuciłem papryczki do oliwy i usunąłem przed dodaniem bulguru. 
ad. 5 Myśmy pomieszali mniej więcej pół na pół czarny i biały sezam i dodali nieco czarnuszki (bo mieliśmy mało). W tym momencie przydała się również praca na cztery ręce - ja zwilżonymi łapkami robiłem kulki, a Robaczek maczała i obtaczała. Sezam trochę odpada, proszę się nie przejmować.
ad. 6 Kulki wychodzą tak, czy siak dość miękkie - może warto było dodać surowe jajko, żeby bardziej związało?

Kulki są smaczne i pożywne. Nadają się do bento lub jako przekąski/finger food na jakąś imprezę. Warto wtedy zrobić kilka łagodnych dipów - kulki sa trochę pikantne.

Edit: zapomniałem o jedej rzeczy - mrożą się dość marnie, o tyle, że tracą chrupkość. Ale da się, są nadal zjadliwe, tylko tekstura nie ta.


piątek, 25 listopada 2011

Robaczkowa sałatka z cykorii i awokado

Robaczek kontynuuje tradycję robienia sałatki raz w tygodniu (ta będzie druga). Musi przy tym znieść moje wydziwianie, że różne składniki nie pasują mi do diety. Pokojowe negocjacje i szantaż emocjonalny doprowadziły do wybrania poniższego przepisu z książki "Potrawy z warzyw". Od razu przyznam się, że w oryginalnym przepisie była endywia kędzierzawa (zwana też strzępiastą) pół na pół ze zwykłą cykorią, ale nie widziałem jej w "normalnych" sklepach od lat. 


Awokado, fachowo owoce smaczliwki (cudowna nazwa, brawa dla autora) są dość interesujące z żywieniowego punktu widzenia - zawierają abstrakcyjnie dużo potasu i nierozpuszczalnego błonnika. No i mają też fajną, maślaną teksturę. W powszechnej sprzedaży w naszym kraju są dwie odmiany awokado - Hass i te drugie*. Przyjmijmy roboczo, że Hass (z niewiadomych przyczyn oznaczane czasem Haas - twórca kultywaru nazywał się Hass, do ciemnej śrubki!) to te ciemne, a te drugie, to te drugie. Tesco sprzedaje Hass jako "awokado premium", za co liczy sobie złotówkę więcej. Różnica smakowa jest niewielka (Haas są bardziej orzechowe i bardziej maślane), moje doświadczenie mówi, że Hass bywają bardziej dojrzałe, więc kupuję je, kiedy mi się śpieszy. Generalnie awokado (podobnie jak mnóstwo innych egzotycznych owoców) są w Polsce sprzedawane w stanie niedojrzałym** i trzeba je dodojrzewać - ja robię to w papierowej torebce w okolicy kaloryfera. Nie sprawdzałem osobiście, ale literatura przedmiotu*** wskazuje na pozytywny wpływ etylenu na proces dojrzewania owoców smaczliwki. Pisząc po ludzku - trzymanie awokado z bananami przyśpiesza dojrzewanie (jabłka też powinny dać radę). Z literatury przedmiotu wynika też, że dojrzewanie najlepiej przeprowadzać w temperaturze 18-20 st. C i wilgotności 90-95%, więc trzymanie na kaloryferze może nie być najlepszym pomysłem. Kiedy tylko kupię niedojrzałe awokado, przeprowadzę eksperyment w warunkach domowych, o którego wynikach poinformuję na blogu.

*Strzelam, że to Fuerte - są gładsze, zieleńsze i bardziej gruszkowate od Hass, a bardziej rozpowszechnione w handlu od Zutano i Bacon (które wyglądają podobnie).
**Awokado nie dojrzewa do konsumpcji, jeżeli jest wciąż przytwierdzone do drzewa, więc akurat w tym przypadku nie jest to niecny zamysł producentów/handlowców, ani przejaw niskiej jakości owoców.
***Eaks, I.L.: The Effect of Ethylene upon Ripening and Respiratory Rate of Avocado Fruit; California Avocado Society Yearbook 50 (1966) 
Adato, I.; Gazit, S.: Role of Ethylene in Avocado Fruit Development and Ripening; Journal of Experimental Botany, vol. 28, Isssue 3 (1977)


Darujemy sobie ględzenie o tym, co to znaczy, że awokado jest dojrzałe, jak kupować awokado itp. - zainteresowani sobie zguglają. Przechodzimy to tematu głównego.

Sałatka z cykorii i awokado
Daje dwie porcje
  • 3-5 cykorii
  • 2 dojrzałe awokado
  • 3 posiekane dymki
  • 3Ł solonych orzeszków ziemnych
  • 1Ł soku z cytryny
  • 1 ząbek czosnku
  • 3Ł oliwy
  • 2Ł masła orzechowego
  • sól i czarny pieprz do smaku
  1. Połączyć sok z cytryny, przeciśnięty przez praskę czosnek, oliwę i masło orzechowe. Doprawić solą i pieprzem do smaku.
  2. Awokado wyjąć ze skórki, pokroić i skropić sokiem z cytryny. Z cykorii usunąć głąby i pokroić liście na jednokęsowe kawałki. Zmieszać z awokado.
  3. Przed podaniem wymieszać z sosem, posypać orzeszkami i dymką.
Uwagi do wykonania:
ad. 1 Masło orzechowe ma być niesłodzone. Proszę przeczytać skład na opakowaniu, większość tego, co można znaleźć w sklepach to ulep.
ad. 2 Instrukcję wydobywania awokado ze skórki można znaleźć na youtube (podpowiem - tradycyjne obieranie to mordęga). Pocytrynowanie zapobiega jego czernieniu. Liczba użytych cykorii zależy od ich wielkości. 
ad. 3 Moje bento składało się z pojemnika z sosem i pojemnika z całą resztą. Był to błąd - orzeszki również należy trzymać osobno, bo znakomicie ciągną wilgoć i robią się gumowate (na co mogłem wpaść wcześniej, ale nie wpadłem, gdyż jestem bałwan). Przezroczyste orzeszki widać na załączonym obrazku.

Ogólnie bardzo udane połączenie smaków i tekstur - polecam!






środa, 23 listopada 2011

Jaja na bento III - tamagoyaki

Zaraza, znowu blogger mnie pokonał. Tym razem wpis ze środy 23.11 ukazał się z datą 16.11. Brawo ja.

Powrót bentojaj! Dziś bardziej miękkich, gdyż będziemy robić japońskiego omleta - tamagoyaki. Omlet japoński wyróżnia się na tle niejapońskich tym, iż jest zwinięty z wielu warstw jajka. Zwykle robi się go na prostokątnej patelni, zwanej makiyakinabe. Można ją oczywiście kupić w Polsce - zaczyna się od 40 PLN, średnia cena to jakieś 100-150, kończy się na 500-800 za miedzianą (in ya face, kucharze indukcyjni). Uwielbiam miedź, mam nawet dwie miedziane patelki, ale bez przesady. Swoją makiyakinabe (piękne słowo, cudownie układa się w ustach) kupiłem na wagę w Kerfurze za 10 zł. Oczywiście Kerfur nie wiedział, że to makiyakinabe ;-) Na prostokątnej patelni oczywiście łatwiej uzyskać omleta równej grubości, ale na tradycyjnej okrągłej też się da (odsyłam do jutuba). Poza tym, kto by się tam przejmował taką zupełnie nieważną cechą estetyczną jak symetria :P

Przepisów na tamagoyaki jest w sieci mnóstwo, takoż filmów, jak je zwijać, więc sobie daruję. Dzisiejszy przepis pochodzi (prawie) z filmu z cyklu "Cooking with dog". Filmy są absolutnie cudowne, a narrator ma doprawdy uroczy akcent. Ten konkretny filmik jest o bento, warto obejrzeć nawet, gdy nie zna się angielskiego (lub nie rozumie jego japońskiego narzecza) - można się np. dowiedzieć, jak zrobić ośmiornicę z parówki. Mam pewne zastrzeżenia co do techniki smażenia w głębokim tłuszczu - autor z uporem maniaka wrzuca różne rzeczy do zimnego oleju twierdząc, że się od tego równiej ugotują, albo coś podobnego - mnie uczyli, że wrzucając do rozgrzanego minimalizujemy ciągnięcie tłuszczu przez obiekt smażony. Sprawa wymaga badań - co prawda mógłbym przeprowadzić eksperyment w weekend, bo będziemy robić skrzydełka kurczaka tebasaki na urodziny Robaczka, ale nie mam pomysłu, jak zmierzyć zawartość oleju w kurze. Poza tym mogę coś źle pamiętać - na logikę wciąganie oleju może się odbywać przez panierkę, więc kurczak czy (jak na powyższym filmie) dynia powinny być bezpieczne. W każdym razie argument równomiernego ugotowania jest dla mnie bzdurą w przypadku materiału o małej miąższości i wystarczającym przewodnictwie cieplnym (skrzydełko).



Tamagoyaki z załączonego obrazka zrobiłem tak: 4 jajka roztaśtałem w kubeczku z odrobiną (ok. 1Ł) ketjap manis (taki indonezyjski, słodki i gęsty sos sojowy - można użyć klasycznego i odrobiny cukru, nie używać w ogóle, użyć grzybowego, ostrygowego, rybnego, keczupu, sosu Worcestershire...). Patelnię rozgrzałem i posmarowałem cieniutką warstwą oleju ryżowego (robię to silikonowym pędzelkiem - naprawdę nie trzeba wiele tłuszczu do tamagoyaki; można pomóc sobie w usuwaniu nadmiaru papierowym ręcznikiem). Wylałem cieniutką warstwę jajka na patelnię, rozprowadziłem, poczekałem aż lekko stężeje, po czym zawinąłem w nią zblanszowane liście szpinaku (blanszowałem króciutko, może pół minuty). Oczywiście omlet trochę się rozerwał, niezrażony wylałem następną warstwę, odczekałem, zawinąłem... i tak cztery razy, aż skończyło mi się jajko. Gotowy omlet zawinąłem w zwilżoną wodą bambusową matkę do sushi i trochę porolowałem, żeby lepiej się trzymał. I tyle. Dziś był opis słowno-muzyczny, zamiast instrukcji w punktach, ale proszę się nie przyzwyczajać.

Do środka tamagoyaki można włożyć nic lub cokolwiek (w zależności od potrzeb i fantazji kucharza). Tamagoyaki z nicem można zjeść same, użyć jako półprodukt do sushi lub pokroić i wrzucić do zupy.

Na koniec pochwalę się bentowym eintopfem (daniem jednogarnkowym) z wczoraj - potrawką z ciecierzycy i kurczaka (w oryginale z ryżem - u mnie nie ma, za wypełniacz robi przecież cieciorka), który wziąłem z Kuchni Ireny i Andrzeja (a oni wzięli jeszcze skądś). Potrawka jest pysznościowa, zmieniłbym tylko trzy rzeczy - mniej wody (bo wyszła dość wodnista), bulion drobiowy, zamiast wody (bo smak będzie bardziej intensywny) i zbrązowiłbym najpierw udka na patelni (bo tak). Udek użyłem wyfiletowanych, bez skóry.


Zdjęcie u Ireny i Andrzeja pokazuje warzywa pokrojone w kostkę (mimo, że przepis mówi o krojeniu w plasterki), co też jest moim zdaniem lepszym pomysłem.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jaja na bento II - po szkocku

Bentojaja kontratakują! Dzisiaj tylko jeden przepis - z lotu ptaków, fusów po kawie i wnętrzności zwierząt ofiarnych wyszło mi, że lepiej pisać mniej, a częściej, niż więcej, a rzadziej. Bóstwa Internetu są bardziej zadowolone. Dziś mięsożernie. Mam pewien obłędny pomysł na wersję wege, ale opiszę jak wypróbuję.

Na początek tradycyjne ględzenie, do którego pominięcia zachęcam i zapraszam w okolice przepisu właściwego. Dziś będzie o mięsie mielonym. Nie kupuję mięsa mielonego, czego i Wam życzę. Na potrzeby tego marudzenia przeprowadziłem inspekcję mięs mielonych w smarkecie. Przykład: mięso wieprzowo-wołowe. Skład, bez wdawania się w szczegóły: mięso 64% (wołowego jest więcej, więc na moją logikę powinno być wołowo-wieprzowe, ale może jest alfabetycznie), woda, tłuszcz, błonnik, białko, stabilizatory, przeciwutleniacze, aromaty, glutaminian sodu (jakżeby inaczej), sól. A, i jeszcze stosunek mięsa do tkanki łącznej 18%. Czyli jeśli dobrze rozumiem, jedna piąta mięsa nie jest mięsem*. Czyli mięsa w mięsie jest około połowa. Super.

*Można się kłócić, czy tłuszcz to mięso, ale wszystkie inne typy tkanki łącznej mięsem nie są, amen.

Reszta mielonego tak samo, żeby nie było, że tendencyjnie wybrałem opakowanie. Najbardziej zabawny jest tatar: nie obędzie się bez glutaminianu i jakiś wynalazków. Wolę kupić nawet byle jakie ochłapki i zemleć sam (niech żyją elektryczne maszynki) - będzie mięsniej. Kochany Narodzie, czytajcie dokładnie etykietki - mięso paczkowane (nie tylko mielone) ma czasem niską zawartość mięsa w mięsie. Mielenie mięsa samemu ma też tą zaletę, że można sobie pookrawać tłuszcz i tkankę łączną. W Polsce nie ma w powszechnej sprzedaży mięsa ekologicznego, a w tkance tłuszczowej często są obecne resztki leków dodawanych do pasz i toksyn ze środowiska. Wszystkiego nie wytniemy (poza tym np. stek powinien być troszkę poprzerastany tłuszczem), ale zawsze coś.

To tyle ogłoszeń parafialnych w dniu dzisiejszym. Przepis z Just Bento. Klasyczne jajka po szkocku smaży się w głębokim tłuszczu, ale my sobie darujemy. Z resztą jajka po szkocku (czy też szkockie - w oryginale "scotch eggs") mają tyle wspólnego ze Szkocją, co pierogi ruskie z Rosją.



Jaja po szkocku
Przepis na 3-4 jajka

  • 350g mięsa mielonego (u mnie była to mieszanka szynki wieprzowej i uda indyczego, może być również wołowe)
  • mała cebula
  • jedno surowe jajko
  • 3Ł panko, bułki tartej lub okary
  • 1/2 ł soli
  • czarny pieprz i gałka muszkatołowa do smaku
  • mąka (z cieciorki w wersji slow-carb)
  1. Cebulę drobno posiekać. Wymieszać mięso, cebulę, surowe jajko, sól, pieprz, gałkę i panko/bułkę/okarę w misce. 
  2. Podzielić mieszankę na 3-4 części (w zależności od liczby jaj). 
  3. Obtoczyć jajko w mące. Jedną porcję mięsa rozpłaszczyć na dłoni. Ułożyć na środku umącznione jajko i delikatnie otoczyć mięsem. Uformować kulę i delikatnie obtoczyć w mące.
  4. Powtórzyć pkt. 3 dla pozostałych jajek. 
  5. Rozgrzać piekarnik do 200 st. C. Piec 20 min., następnie obrócić i piec kolejne 15-20 min.
Jajek warto użyć jakiś mniejszych, bo kule z rozmiaru L wychodzą spore (czego nie widać na obrazku poniżej, bo nie wpadłem na pomysł postawienia czegoś, żeby oddać skalę). Ja spożywałem na sucho, ale autorka przepisu lubi przekrojone posmarować sobie keczupem. Smacznego. 


czwartek, 17 listopada 2011

Puree z białej fasolki z parmezanem i passatą

Drobna, biała fasolka jest nudna z definicji - biały to najnudniejszy z kolorów, odpowiedni dla samochodów służbowych przedstawicieli handlowych, a i fasolkowatość nie wzbudza specjalnych emocji. Jednym z założeń diety slow-carb jest niestety to, że powinna być nudna (bo łatwiej ją utrzymać, jedząc bez przerwy to samo - czytaj wcinając fasolę z pudełka, szpinak z worka i mięso z puszki). Nie mam zamiaru obrzydzać Robaczkowi i sobie życia, gotując bez przerwy to samo, a specjalnych problemów z wyborem różnorodnych przepisów nie mam. Czasem jednak trzeba zrobić porządki w kuchni.

Puree z fasolki
Daje dwie porcje po ok. szklance
  • garść białej, drobnej fasolki (znalazłem resztkę w szafce)
  • 1/3 szklanki passaty (została z weekendu - jedliśmy makaron)
  • sól i pieprz do smaku
  • garstka parmezanu (żeby nie było nudno)
  • dwie łyżki oleju lnianego (wmawiam sobie, że zdrowo, prawda taka, że potrzebowałem poślizgu, bo puree było dość suche bez niego)
  1. Fasolkę namoczyć przez noc, a następnie odcedzić, przepłukać i zalać wodą w garnku. Gotować ok. godziny na średnim ogniu. 
  2. Odcedzić, wystudzić w stopniu wystarczającym do dalszej obróbki. Dodać olej i passatę, zmiksować na puree. 
  3. Dodać parmezan, sól i pieprz. 
Można spokojnie podać na ciepło. Robaczek nie zgłaszała zastrzeżeń, więc na zimno też daje radę (ja się nie liczę - chociaż jestem smakoszem i łakomczuchem, to w ostatecznym rozrachunku i tak zjem wszystko).